https://www.remigiuszkurczab.pl/aspergeraut.php
W wieku czterech lat Alexander nalegał, aby jedzenie podawano mu pokrojone na osiem kawałków. Choć czasami ta potrzeba mnie denerwowała, nadal uważałem ją za intrygującą. Pewnego dnia przyniosłem mu Kit-Kat na dużym talerzu do krojenia z ośmioma kawałkami ciasteczek ułożonymi w kształt serca. Alexander spojrzał na talerz, po czym szybko spojrzał mi prosto w oczy i się uśmiechnął. To spojrzenie nazywam połączeniem. Następnym krokiem było wymyślenie większej liczby zajęć, które uwzględniałyby potrzebę Alexandra. Mój plan działania miał na celu okazywanie bezwarunkowej miłości. W 1999 roku pewna matka opisała styl, w jakim jej trzyletnie dziecko jadło swoje Smarties. Powiedziała mi, że jadło je w określonej kolejności kolorystycznej. Gdyby zdarzyło się, że zgubiło się jedno, krzyczało i odmawiało zjedzenia pozostałych. Zasugerowałem, aby następnym razem, gdy poczęstuje Smarties, położyła je na tacy w dokładnej kolejności, w jakiej dziecko lubi je jeść. Następnie miała je podać tak, jakby obsługiwała w restauracji ze srebrną zastawą. Zadzwoniła, żeby dać mi znać, że jej dziecko zachowuje się tak samo jak Aleksander. Jej syn się uśmiechnął, spojrzał na nią i wepchnął swoje ciało w jej „przytulający” kontakt fizyczny. Jak tylko poznasz rutynę swojego dziecka i będziesz w stanie się do niego przyłączyć, twoje dziecko nawiąże z tobą kontakt. Aby potwierdzić moje przekonanie, usiadłam na chodniku z innym dzieckiem, kiedy postanowiło rzucić się na ziemię. Rzucał się na ziemię tak często, że jego matka bała się kolejnych zakupów. Był dobrze przyzwyczajony do tego, że ktoś go podnosi i ciągnie do samochodu. Jego matka nauczyła się nie zwracać uwagi na spojrzenia i/lub komentarze miejscowych. Cóż, wszyscy doświadczamy ich spojrzeń! Więc kiedy mój pięcioletni przyjaciel rzucił się na zimny i brudny chodnik podczas powrotu ze sklepu, usiadłam obok niego i powiedziałam jego matce, żeby poszła dalej bez nas. Jego wielkie oczy zrobiły się jeszcze większe i patrzyły prosto w moje. Zamiast krzyczącego dziecka zobaczyłam szczęśliwe i ciekawe dziecko. Przechodnie mieli swoje przekonania, ale tutaj nie mają one znaczenia. Zapytałem go: „Dlaczego usiedliśmy?”. „Teraz jestem zmęczony”, odpowiedział mój mały przyjaciel, po czym położył głowę na kolanach, udając, że chrapie. „Możemy pójść do domu i spać. Dom jest bardzo blisko”, zasugerowałem. „Widzisz, mama poszła do domu. My też moglibyśmy tak zrobić. Moglibyśmy pójść do domu i pobawić się w ciężarówki”. „Żadnych ciężarówek, ja zmęczony, ja śpiący”. „OK, posiedzę z tobą chwilę”. Po pięciu minutach wstałem i zaprosiłem go, żeby poszedł ze mną do domu. Niepewny, chwycił mnie za rękę i podskakiwaliśmy przez następne 30 metrów. Myślałem, że dotrzemy do domu. Mieliśmy do przejścia jeszcze dziesięć metrów, gdy mój mały przyjaciel postanowił zatrzymać się po raz kolejny. Tym razem dał mi jednosekundowe ostrzeżenie ustne i krzyknął: „Biegam w tamtą stronę!”. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, odszedł. Musiałem pobiec za nim i zamienić ucieczkę w zabawę. Mój mały przyjaciel i mój syn nie mieli poczucia zagrożenia. Żadne z nich nie pomyślałoby o niebezpieczeństwach związanych z bieganiem przez ulicę. Nie proszę nikogo, żeby wyszedł i usiadł na chodniku ze swoimi dziećmi. Zrobiłem to, ponieważ chciałem znaleźć alternatywę dla podnoszenia krzyczącego dziecka. Chciałem porozmawiać z moim przyjacielem i tak zrobiliśmy. Po tym, jak usiadłem z nim, przestał rzucać się na podłogę.